„Niezłomni…” na Wielki Tydzień

Złośliwość przemyślana

W Tygodniku Powszechnym, nr 15 (3379) z 13 kwietnia 2014 r. ukazał się tekst dr. Filipa Musiała poświęcony książce prof. Tomasza Sikorskiego i Marcina Kuleszy „Niezłomni w epoce fałszywych proroków. Środowisko »Tygodnika Warszawskiego« (1945-1948)”, wydanej w roku ubiegłym przez Wydawnictwo von borowiecky. Zdawałoby się, że nie ma nic dziwnego w tym, iż na łamach „Katolickiego pisma społeczno-kulturalnego” ukazał się artykuł na temat książki, która przypomina teksty innego, nieistniejącego już od prawie 70 lat, pisma katolickiego i omawia postaci jego redaktorów i współpracowników, na tle – dodajmy – zarówno epoki, jak i innych, ówcześnie istniejących, pism katolików świeckich, w tym na tle środowiska „Tygodnika Powszechnego”. Zresztą czytelnik tej książki zauważy z łatwością, że środowiska te przenikały się wówczas, że piszący w „Tygodniku Warszawskim” pisali też w „Tygodniku Powszechnym”, nawet w „Dziś i Jutro”.

TygodnikWinietaPierwszaStrona02

Nie ulegając jednak lękowi, który „jest pierwszym sprzymierzeńcem nieprzyjaciół sprawy”, musimy zauważyć, że jednak coś nas w tej publikacji dziwi i zdumiewa. Tekst wyszedł bowiem spod pióra historyka IPN w Krakowie, przed którym warsztat naukowca, także jako recenzenta prac historycznych, nie ma tajemnic. Czytając, zaczynamy jednak podejrzewać, że dr Musiał pisząc ten tekst miał w sobie dużo złej woli, zwanej – i to w tym kontekście będzie nazwa w pełni adekwatna, a dla scholastyków zrozumiała – złośliwością. Ponieważ nie wszyscy jesteśmy scholastykami wyjaśnijmy, że z „wolą złośliwą”, ewentualnie „złośliwością woli”, mamy do czynienia zawsze, gdy „złośliwiec” celowo czyni zło, choć wie dobrze, jest ponad wszelką wątpliwość świadomy, co zrobić należy, by czynić dobrze, ewentualnie, jakiego uczynku, postępowania domaga się dobro, by być zrealizowanym. Czy zatem z takim przypadkiem mamy do czynienia w tej sprawie?

Rzecz o lirach, czyli dziadowska waluta

Krótki artykuł można podzielić z grubsza na dwie części. Pierwsza jest bardzo skrótową – w przypadku recenzji to zrozumiałe – ale rzetelną prezentacją zawartości książki, także adekwatnym odczytaniem intencji jej twórców. Kończy ją opis okładki, co daje autorowi okazję do wyboru postaci – księdza Zygmunta Kaczyńskiego i Jerzego Brauna – z których uczyni głównych bohaterów części drugiej, zbudowanej wokół przeciwstawienia ich sobie wzajem poprzez konfrontację ich losów z tytułem głównym pracy Sikorskiego i Kuleszy, czyli z przymiotnikiem „niezłomni”.

TygodnikKaczynskiZygmunt01

Księdza Kaczyńskiego dr Musiał prezentuje jako do końca niezłomnego i niezłamanego. Jerzego Brauna przeciwnie – jako tego, który potem, już po okresie „Tygodnika…”, po śledztwie i więzieniu, daje się „złamać”, „chcąc w ten sposób – Musiał cytuje tu najprawdopodobniej jakieś znane sobie dokumenty archiwalne, nie podając jednak bliżej ich „adresu” – uzyskać zalegalizowanie i aprobatę swej publicystycznej działalności na terenie Rzymu”. Zapewne z powodu liczby znaków, która przewyższałaby ilość miejsca przeznaczonego na tę recenzję, nie dowiadujemy się jednak, ani kto miał tę akceptację wyrazić (tzw. nasza służba, władze kościelne, Rzymianie, może jakaś „Rzymianka”?), ani na czym miała ona polegać (awans na czerwonego Jamesa Bonda, wczasy w Złotych Piaskach, urząd biskupa środowiskowego, wdzięki Rzymianki?). Dowiadujemy się za to, że – to dalsza część cytowanego źródła – „…materiały te [przekazane przez Brauna w rozmowach z oficerem] dotykały problemów naszego zainteresowania dość pobieżnie…”. Zdaniem autora cytowanej notatki, nie miały więc one specjalnego znaczenia dla specsłużb PRL… Dr Musiał – jak się wydaje – myśli inaczej, a czytelnik obdarzony fantazją mógłby nawet zacząć tworzyć alternatywną wersję historii wspierając się na fundamencie przekonania, że gdyby dr Musiał wtedy te dokumenty pisał, a nie dziś je czytał, to kto wie, może byśmy byli od Pacyfiku aż po Atlantyk, od Władywostoku aż po Rzym, Madryt i Lizbonę… Pracownik krakowskiego IPN pisze bowiem: „Jednak spotkania musiały być korzystne dla SB, skoro »tytułem wynagrodzenia za przekazane informacje [Braun] otrzymał łącznie 422.880 lirów włoskich«, które – jak zaznaczono – kwitował nazwiskiem”.

Ta olbrzymia cyfra, podana bez komentarza i kontekstu, czego należałoby oczekiwać, ma najprawdopodobniej ostatecznie przekonać czytającego, że ma do czynienia z Judaszem, a nawet z Wielkim Judaszem, bo tamten wziął tylko 30 srebrników, a Braun aż 422.880 lirów… Srebrniki, liry, srebrniki, liry… Volens nolens musimy brać pod uwagę, że tzw. przeciętny czytelnik „Tygodnika Powszechnego” może być młodym doktorem teologii z otwartego kościoła, więc warto by mu jednak powiedzieć, że gdyby liry istniały nadal, to ta wielka suma wykładałaby się dziś nie na dom z ogródkiem pod Warszawą lub Krakowem, ale na jakieś 303 USD. Uczciwie pisząc, nie wiem, ile dokładnie USD byłoby to w – powiedzmy – 1970 r., ale chyba niewiele więcej, wziąwszy pod uwagę, że lir włoski to właściwie zawsze była dziadowska waluta, choć oczywiście nie tak dziadowska jak PRL-owska złotówka, bo jednak wymienialna.

Z jakich powodów p. dr Musiał nie podał tej ogromnej cyfry w bardziej ustrukturyzowanej materialnie formie? Obawiam się, że mógł liczyć na wywołanie u czytelnika Wielkiego Wrażenia Wielką Liczbą. Jak widzimy powyżej, wrażenie jest rzeczywiście wielkie, ale liczba już nie za bardzo. Musimy jednak przyznać, że w połowie lat 70 za ok. 6 tys. dolarów amerykańskich można było kupić trzypokojowe mieszkanie w jednej z nowo budowanych dzielnic Warszawy, czyli 303 „dolce” – jak powiedziałby młody dr teologii z otwartego kościoła – to też nie było mało, ale przecież w żadnym razie dom z ogródkiem w Warszawie lub w Krakowie.

Złośliwość konsekwentna

Nie to jest jednak największym wyrazem woli złośliwej dr. Musiała. Choć już to by wystarczyło, to nie to jednak. Dr Musiał stwierdza bowiem najpierw, że: „Elastyczne podejście SB do kontaktów z Braunem i jego specyficzne do nich nastawienie sprawiają, że interpretacja tego epizodu jego życia może być różna”. Następnie jednak, z sobie tylko znanych powodów, twierdzi: „…z pewnością należy ją uznać za ważną w kontekście jego życiorysu”. Nie wiemy, czy autor recenzji chce nam w ten sposób zasugerować, że „ten epizod” jest swoistym zwieńczeniem biogramu redaktora „Testamentu Polski Walczącej”, czy też ma na celu jedynie zasianie wątpliwości, czyli, mówiąc językiem podwórka, „obrzucenie gościa gównem”.

Braun i jego twórczość, jego spuścizna, obronią się same, wątpliwe jest, by dr Musiał im zaszkodził. Warto jednak wziąć w obronę autorów, bo im recenzent z powyżej omówionego czyni wyrzut, pisząc, że nie wspomnieli o „tym epizodzie” w „nocie biograficznej”… Owszem, nie wspomnieli. Skupili się bowiem na ramach czasowych wyznaczonych tytułem swej pracy i zapewne widocznych dla autora recenzji. Nie wspomnieli też o wielu epizodach innego rodzaju i innych postaci tej przebogatej i jakże potrzebnej współczesnym katolikom książki. Nie wspomnieli np. o tym, że Kazimierz Studentowicz opuścił więzienie jako zdeklarowany antysemita, bo był przesłuchiwany i torturowany przez funkcjonariuszy komunistycznej bezpieki żydowskiego pochodzenia, którzy na całe życie dosłownie wytłukli mu z głowy nie tylko miłość, ale nawet proste „znoszenie” przedstawicieli narodu wybranego, że całe miesiące spędził samotnie w celi, w której nie gaszono światła, że nie pozwalano mu zasnąć… Autorzy nie rozwodzili się też nad tym, że ks. Zygmunt Kaczyński został w więzieniu najprawdopodobniej zamordowany, że jego zwłoki – zgodnie z zapiskiem Prymasa Tysiąclecia – zostały rodzinie przekazane nagie z głową owiniętą w gazetę, że pojawili się też świadkowie, którzy ponoć widzieli, jak w końcu lat 30. ubiegłego wieku wychodził z domu, w którym mieściła się siedziba loży, itd., itd. Ani o tym, że Braun opuścił więzienie z jednym okiem, bezzębny… O tym, że po aresztowaniu stracił w więzieniu życie związany z „Tygodnikiem…” Zdzisław Macierewicz, ojciec Antoniego. O wielu jeszcze sprawach i epizodach autorzy „Niezłomnych…” nie wspomnieli, bo nie o nich pisali tę książkę i zapewne też nie po to, by takimi epizodami epatować młodych teologów z otwartych kościołów.

TygodnikStudentowicz01

Podobnie jak dr. Musiała, także mnie okładka tej książki zmusiła do zastanowienia. Nie widzę w niej jednak powodu do skonfrontowania postaw tych osób, raczej do zauważenia nawet dziś rzadkiej w polskim Kościele współpracy laikatu i duchowieństwa. „Tygodnik Warszawski” był miejscem i owocem tej współpracy, zarazem podkreśleniem jedności egzystencji ludzkiej, a więc szkodliwości tych doktryn i ideologii, które każą religijność wycofać do sfery absolutnie prywatnej, zepchnąć nie tyle do katakumb, co do piwnic „przekazanych” przez świecką władzę w reglamentowane użytkowanie ograniczonym liczebnie środowiskom „religianckim”.

Warto na zakończenie zauważyć, że dodatkiem do tego samego numeru „Tygodnika Powszechnego” jest niewielka książeczka autorstwa ks. Adama Bonieckiego „Medytacje Drogi Krzyżowej”. Czytam tam m.in.: „…kiedy jesteśmy zadowoleni z siebie, kiedy czujemy się od innych lepsi, odporni na wszelkie pokusy, bardzo mocni, i kiedy zabieramy się do osądzania innych, którzy nisko upadli, pomyślmy o trzecim upadku Pana Jezusa. Upadać jest rzeczą ludzką, szatańską – trwać w upadku”. Sobie i dr. Musiałowi na Wielki Tydzień tę myśl ks. Bonieckiego dedykuję.

Janusz Przytuła

No comments yet.

Leave a Reply

CommentLuv badge