Inny koniec świata

Paweł Wawrzyński, autor wydanej przez nasze wydawnictwo książki „Postdobrobyt. Przyczyny i skutki kryzysu Europy”, , pisze m.in.: „Jakkolwiek większość Europejczyków wciąż uważa się za chrześcijan, to jednak Kościoły chrześcijańskie przestały być istotnym czynnikiem kształtującym wartości i zachowania ludności, a tym samym przestały określać rdzeń tutejszej kultury”.
Opinia wydaje się być druzgocąca. Stawia czytelnika wobec niewiadomego, zawiesza go w próżni i – szczególnie czytana pierwszy raz – domaga się uzasadnienia. W książce Wawrzyńskiego znajdziemy ją tylko o tyle, o ile opisu i wyjaśnienia wymaga „koń – który – jaki jest, każdy widzi”.
Czytamy bowiem: „W czasach nowoczesnych rdzeń kultury europejskiej, chrześcijaństwo, zyskał potężnych konkurentów w rywalizacji o wpływ na ludzkie umysły. Nauka obejmuje kosmologię i biologię, stanowiące spójny opis wszechświata i powstania życia, zgadzający się z dostępnymi ludzkim zmysłom świadectwami, natomiast w sensie dosłownym rozbieżny z opisem świata zawartym w Biblii. Biologia ewolucyjna opisuje powstanie życia i jest to opis sprzeczny z biblijnym. Intelektualiści i politycy starają się zdefiniować na nowo prawa i powinności człowieka, w wielu istotnych punktach w sposób rozbieżny ze stanowiskiem Kościołów chrześcijańskich. W końcu przedsiębiorcy starają się zarobić na ludności rozbudzając i zaspokajając jej potrzeby, które — według tychże Kościołów — zaspokajane być nie powinny. Jakkolwiek większość Europejczyków wciąż uważa się za chrześcijan, to jednak Kościoły chrześcijańskie przestały być istotnym czynnikiem kształtującym wartości i zachowania ludności, a tym samym przestały określać rdzeń tutejszej kultury”.

Jak to mówił Arystoteles?
Wawrzyński nie uzasadnia więc swego twierdzenia jakoś specjalnie oryginalnie. Można nawet powiedzieć, że nie wychodzi poza schemat przeciwstawiający wiarę rozumowi, schemat znany umysłowości europejskiej przynajmniej od momentu pojawienia się w europejskim obiegu naukowym i kulturowym pism Arystotelesa i jego arabskiego komentatora, Awerroesa, a więc od przełomu XII-XIII wieku. A jednak zdanie to – powtórzmy – robi wrażenie, już to dlatego, że większość z nas jest jednak ochrzczona, już to dlatego, że na ogół nie myślimy o tym, w jakiej kulturze akurat jesteśmy, z jakiej czerpiemy i jaką współtworzymy…
I w tym właśnie „nie myślimy” możemy doszukiwać się głównej przyczyny stanu rzeczy opisanego zarówno przez powyższy cytat, jak i w całej książce Wawrzyńskiego. Krótko mówiąc, zdanie wyrywa nas z błogiej drzemki, jaką sobie ucięliśmy… jedni w zasadzie nawet nie mieli okazji się z niej obudzić, inni zapadali w nią stopniowo, dzięki „atrakcjom” szkoły, uniwersytetu wyzwolonego od potrzeby kontaktu z prawdą i codziennej bieganiny, na którą skazaliśmy się „wybierając” tryb życia, który „wybrali” inni.

Obudź się!
Kilkadziesiąt lat wcześniej Aldous Huxley w „Filozofii wieczystej”, w rozdziale zatytułowanym „Bóg w świecie”, pisze m.in.: „(…) nieporównywalne z niczym krajobrazowe malarstwo Chin i Japonii było sztuką zasadniczo religijną, natchnioną przez taoizm i buddyzm- zen: w Europie przeciwnie, malarstwo krajobrazowe i poezja »kultu natury« były sztukami świeckimi, które powstały, kiedy chrześcijaństwo chyliło się już ku upadkowi, toteż nie czerpały one żadnej lub jedynie niewielką inspirację z ideałów chrześcijańskich”.
Pozostajemy zatem w dalszym ciągu zaniepokojeni i „wybudzeni”. Kręcimy się niczym jednokomórkowe pantofelki w poszukiwaniu pożywienia i usiłujemy zrekonstruować naszą kulturę i restaurować nasze w niej miejsce. W ten sposób te niepozorne zdania oddziałują na człowieka ochrzczonego i wychowanego w chrześcijańskim, katolickim „sosie”, że nagle zaczyna się zastanawiać nad ich sensem i znaczeniem. Konfrontuje z nimi siebie i swoje dotychczasowe postrzeganie kultury, w której żyje, i którą uznawał bezrefleksyjnie za swoją. Niepokój wywołuje podejrzenie, że albo niewłaściwym mianem określaliśmy tę kulturę, albo też inne treści ona sobą reprezentuje, niż nam się wydawało, albo też nazwa, którą jej nadajemy, jest już tylko dźwiękiem.
Odczuwamy coś na kształt końca świata, nie sposób bowiem nie przypomnieć sobie w tym kontekście „Piosenki o końcu świata” Czesława Miłosza i jej ostatnich wersów. Czy naprawdę zatem: „Innego końca świata nie będzie”? „Obiecany” jest przecież inny. Mają go poprzedzić znaki, pośród których niepoślednią rolę odegrają wojny, choroby, katastrofy itd. Nic z tego nie było? Naprawdę, nic z tego nie było?
Z drugiej strony, rodzaj malarstwa europejskiego, o którym wspominał Huxley, rozwinął się po „końcu świata”. Rozwinęło się zresztą nie tylko malarstwo. Może zatem rzeczywiście próżno czekaliśmy, a niektórzy z nas próżno nadal czekają? Może chrześcijaństwo nie było i nie jest, jeśli jest, niczym innym, jak tylko jeszcze jednym złożonym wytworem ludzkości. Odpowiadającym na jej zapotrzebowania kiedyś, ale już nie dziś?
Problem jednak w tym, że my, chrześcijanie, katolicy, nie widzimy w naszej doktrynie jedynie wytworu ludzkiego. My widzimy w niej objawienie Boże, którego realność nie podlega dyskusji, podobnie jak realność samego Boga. Stąd towarzyszące przebudzeniu zaniepokojenie i lęk, że książę tego świata
„…kwiaty kwitnące przysypał popiołem,
Trawniki zarzucił bryłami kamienia
I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia…”,
ustąpi dopiero, gdy zaczniemy sobie przypominać, że chrześcijaństwo przez osobę swego Założyciela nie należy do kultury, lecz do rzeczywistości. Człowiek współczesny istotowo jest taki sam jak człowiek 100, 1000, 5000 lat temu. Jego rozumienia się zmieniają, jego pojęcia się zmieniają, czasem inna wypełnia je treść, on – nie, pozostaje niezmienny i wciąż zdolny do nabywania nowych rozumień i popełniania nowych, choć redukowalnych do starych, błędów. Niezmienne pozostaje też wszystko, co nas, ludzi, otacza, za wyjątkiem rzecz jasna naszych wytworów, które właśnie stanowią kulturę i które mogą się zmieniać. W uproszczeniu relacja kultury do rzeczywistości przypomina relację okularów do oczu – widzimy lepiej lub gorzej, kolorowo lub nie itd. Ale relacja kultury do rzeczywistości przypomina także zastosowanie odpowiednich środków do uprawy pola. Służy do tego pług i inne narzędzia rolnicze, ale są też tacy, którzy stosują czołgi, miny itp.

Autorem ilustracji jest artysta-grafik Leszek Frey-Witkowski ze Świebodzina

Autorem ilustracji jest artysta-grafik Leszek Frey-Witkowski ze Świebodzina

Kredyty wyzwolone
Jeden ze sprawdzianów tej zmienności kultury i niezmienności bytu odbywa się na terenie ekonomii. Owszem można ją pozbawić, podobnie jak np. polityki, na czas dłuższy lub krótszy fundamentu moralnego, który tkwi korzeniami w chrześcijaństwie. Można nawet widzieć w tym „wyzwoleniu” sukces, pod warunkiem jednak, że oczy pozostaną „szeroko zamknięte” zarówno na rażącą i niczym poza decyzją polityczną nieusprawiedliwioną nierówność, jak i na koszmarne konsekwencje, których zaistnienie nie tylko, że jest bliskie, ale wprost odbywa się na naszych oczach i z naszym, jakże ofiarnym, udziałem. Dla jasności dodajmy, że nie chodzi nam o ideologiczną równość wszystkich we wszystkim, o jakiej marzą i którą próbują realizować ideolodzy lewicowi, lecz o sprawiedliwość, która cierpi wskutek dominacji nierówności pozamerytorycznej. Owszem, usprawiedliwiona jest nierówność np. dochodów między wynalazcą a sprzątaczką, ale nierówność, jaką powoduje koncesja wydana przez polityka temu a nie innemu podmiotowi życia gospodarczego, co go uprzywilejowuje wobec innych uczestników tego segmentu rynku, jest nie do zniesienia i woła o pomstę do nieba! Oto państwo, oto jego urzędnik zastępuje Pana Boga. Staje się szafarzem łaski, która jest jednocześnie niełaską wobec innych. Przykłady można by mnożyć. Ten jednak wystarczy, by zobrazować, czym owocuje w życiu gospodarczym sprzeczne z chrześcijaństwem zastępowanie Boga przez człowieka i wymyślone przez niego instytucje, czyli właśnie także wytwory. Przy okazji, jest to także przykład zastosowania min do uprawy pola…
Do książki Wawrzyńskiego będziemy jeszcze wielokrotnie wracać, bo warto. Zauważmy teraz jeszcze jedną sprawę w kontekście naszych rozmyślań nad związkiem kultury z rzeczywistością. Otóż zjawiskiem, któremu „Postdobrobyt…” poświęca sporo miejsca, jest kwestia zadłużenia. Zadłużenie obecnie żyjących wobec siebie wzajem nie jest w tym najgorsze, choć jest ogromne i w zasadzie niemożliwe do spłacenia przez tychże żyjących. O wiele istotniejsze jest rosnące zadłużenie wobec tych, którzy dopiero się pojawią. Pojawią się oni w małej liczbie jako wierzyciele, w ogromnej – jako dłużnicy. Na nic się zda przeświadczenie, że każdy przychodzi na ten świat z „czystą hipoteką”. Młodzi, jeszcze nienarodzeni, Europejczycy mają już hipoteki dotkliwie obciążone. Odsetki od długów będą płacić oni i ich dzieci…, o ile długi i ich obsługa w ogóle pozostawią szansę na posiadanie dzieci. Zresztą posiadanie dzieci stało się dziś sprawą państwową na równi z innymi kwestiami. „Obywatele”, czyli w praktyce niewolnicy, powinni mieć dzieci, są zobowiązani mieć dzieci. O rodzicielstwie coraz częściej mówi się jak o hodowli bydła i trzody chlewnej. Rodzina wielodzietna zaczyna być postrzegana jako zawód, a rodzice w takich rodzinach odpowiednio opłacani, kosztem – rzecz jasna – mniej w tym względzie „wydajnych”!

Bez chrześcijaństwa kultura jest martwa
Takie „nadzieje” i takie „szanse” tworzy obecnym i przyszłym pokoleniom kultura, w której chrześcijaństwo zajmuje już tylko skrawek miejsca na marginesie wniosków kredytowych… Jeszcze 100 lat temu jedną z głównych trosk umierającego chrześcijanina było odejście z tego świata bez długów, bez obciążenia dla najbliższych. Modlitwa, w której katolik prosił Boga, by uchronił go od nagłej a niespodziewanej śmierci miała też takie uzasadnienie. Choć oczywiste jest, że przede wszystkim chodziło o to, by odejść stąd przygotowanym na spotkanie ze Stwórcą, to nie bez znaczenia było też pozostawienie po sobie świata ekonomicznie uporządkowanego, by uchronić najbliższych od konieczności posprzątania po zmarłym. Dziś długi się zaciąga, póki życia i użycia – w „nadziei” nagłej śmierci. Banalne stwierdzenie: „Na dłuższą metę wszyscy będziemy martwi” – awansowało do rangi drogowskazu zachowań ekonomicznych, a śmierć stała się najskuteczniejszą ucieczką od wierzyciela. Niech on się martwi, niech się martwią dzieci, najbliżsi…, słowem ci, którzy nie zdążyli w porę umrzeć.
Powtórzmy, z radości poczęcia i wychowania dzieci, z radości życia i dożywania dni u ich boku współczesna kultura uczyniła jeszcze jeden obowiązek wobec państwa! Okradani z tego, co z takim trudem i poświęceniem zdołaliśmy wytworzyć i uchronić, okradani przez tych, którzy niczego nie wytwarzają prócz zarządzeń politycznych i produktów bankowych – instrumentów wzajem zresztą ze sobą sprzężonych, myślimy o wielu sprawach, ale potrzeba współprzyczynowania niewolników, upośledzonych już na starcie olbrzymim długiem, nie należy do najbardziej nam dokuczających. Europa umiera, bo umierają Europejczycy. Umiera kultura, bo umiera jej twórczy, osobowy nośnik i depozytariusz. Malkontent powie być może, że takie przepowiednie formułowano już dawno. Formułował je np. wybitny polski ekonomista okresu międzywojnia, prof. Roman Rybarski, rozpoznając bezbłędnie zjawisko spadku dzietności, które na zachodzie Europy, we Francji czy Wielkiej Brytanii, nawet w Niemczech, już wtedy występowało i przynosiło pierwsze efekty. I cóż? Czy znikł Londyn, Paryż lub Berlin? Jakkolwiek niepoprawnie by to zabrzmiało, musimy wprost odpowiedzieć: nie znikł, zmienił kolor, wyznanie, także cele jego mieszkańców uległy zmianie itd., itp.
Związek chrześcijaństwa z kulturą może być luźny, może ono w niej być obecne lub nie. Jednak szkodę braku chrześcijańskiego pierwiastka odczujemy dotkliwie, bo będzie to w istocie brak w kulturze tego, co najbardziej realne, co stanowi jej podstawę. Bez chrześcijaństwa w kulturze staje się ona zbiorem wytworów odrealnionym, kompletnie sztucznym i oderwanym od jakiejkolwiek podstawy egzystencjalnej. Już to w przeszłości zdarzało się w tych chwilach, gdy jego obecność ograniczała się do jednej celi śmierci otoczonej światem tryumfującego zła. W świecie, w którym strach przed wojną realną jest równy zamiłowaniu do wojny na komputerowym ekranie, zło nie musi tryumfować w ten sam sposób, nie musi budować komór gazowych, kopalni złota i uranu. Może „…położyć się na tym kamiennym pustkowiu”, które zostanie po nas, jeśli nie uratujemy związku kultury z rzeczywistością.

Janusz Przytuła

No comments yet.

Leave a Reply

CommentLuv badge